POŻEGNANIE WOJTKA


Kiedy umiera młody twórca na samym początku swej drogi, smutek, jaki jego śmierć przynosi, miesza się z poczuciem niesprawiedliwości losu. Kiedy odchodzi stary, zasłużony artysta, sumujemy jego ziemskie zwycięstwa, zawiedzeni tylko, że przerwana nić życia zniweczyła jego wspaniałą passę zwycięstw. Kiedy śmierć zabiera a r t y s t ę  d o j r z a ł e g o,  d o ś w i a d c z o n e g o i pełnego t w ó r c z e j  p a s j i, mieszają się w naszym umyśle obydwa typy pretensji d o  ż y c i o w e g o, zakorzenionego na pewno w genach, p r z e z n a c z e n i a, choć szekspirowskie przypomnienie naszego początku i końca, brzmi w naszych uszach bardziej wyraziście niż na scenie :

 „k t o  p r z y s z e d ł  n a  ś w i a t,  o d e j ś ć  m u s i…”

Ta trzecia refleksja towarzyszy mi dzisiaj, w dniu, kiedy żegnamy zmarłego 9 grudnia WOJCIECHA SZCZUDŁĘ (1951-2015), który swym b a r w n y m   ż y w o t e m producenta filmowego dokumentu, mógłby obdzielić co najmniej kilkanaście osób. Dość przypomnieć, że Szczudło był  p r o d u c e n t e m  75 filmów dokumentalnych,  p r o d u c e n t e m  w y k o n a w c z y m  – dalszych p i ę c i u, zaś k i e r o w n i k i e m  p r o d u k c j i ponad 50 pozycji, łącząc czasem te trzy ważne dla narodzin filmowego utworu stanowiska: jednym słowem – kształt ostateczny zawdzięcza mu ponad s e t k a polskiej dokumentalnej produkcji ostatniego 40-lecia, a w tym prawdziwe „perły dokumentu”, jak nagradzane na polskich i światowych festiwalach produkcje lat osiemdziesiątych („Magister Półchłopek ” Marka Piwowskiego, „Wół” Józefa Cyrusa, „Nadzieja” Tadeusza Pałki ) czy obiegające cały świat i bliskie Oscara dwa filmy Marcela Łozińskiego lat dziewięćdziesiątych: „89 mm od Europy” (1993) i „Wszystko się może przytrafić” (1995).

Sam Wojtek szczególnie cenił serię filmów, podejmujących problem adopcji polskich dzieci przez obywateli amerykańskich, podkreślając kilkakrotnie wielką satysfakcję producenta ze współpracy z Ryszardem Kaczyńskim i Piotrem Morawskim – dwójką <młodych gniewnych>, związanych z sygnowanym przez niego od roku 1988 „Kalejdoskopem” – jednym z pierwszych w odradzającej się Polsce niezależnych studiów filmowych, powołanych do życia przez niego, Śliwińskiego, Skałkowskiego i Domagalskiego, a więc przez kierowników produkcji, ukształtowanych – podobnie jak i on – w <kuźni polskiego dokumentu >, jaką była w w czasach PRL-u warszawska WFD . Podobnie – uczuciowo – związany był z produkcjami, inspirowanymi przez Małgorzatę Imielską, z którą – po serii obrazów o tematyce żydowskiej ( z najbardziej znanym i uznanym w świecie obrazem <Powiedz mi . dlaczego?>-2006) – trafił na pierwszą linię frontu wojny z talibami, by obserwować dzieje pięciorga polskich żołnierzy na tej misji (<Przeżyć Afganistan> – 2012). W ostatnim okresie Szczudło – bywalec wszystkich światowych festiwali filmu dokumentalnego coraz śmielej podejmował współpracę z twórcami zagranicznymi. Rezultaty tych produkcji były równie znakomite jak dotychczasowe polskie jego dokonania: koprodukcja „Kalejdoskopu” z Niemcami zaowocowała oglądanym w całym świecie (od Lizbony po Taipei) filmem o Krzysztofie Komedzie („Komeda, A Soundtrack for a Life”-2009), a z Włochami – trzyodcinkowym dokumentem „Wisła od źródeł do ujścia” w reżyserii przyrodniczego speca Paolo Volponiego. Emisja tego serialu w Programie I TVP SA wzbudziła bowiem niespotykane dawno, bo prawie milionowe, zainteresowanie polskiej publiczności.

Był więc Wojtek w szczytowym okresie rozwoju swego talentu. Nic więc dziwnego, że nie tylko emanował swą aktywnością, ale zadziwiał – zamierzeniami, które planował zrealizować. Odszedł, tak, jak się pojawiał. Na planie i na festiwalowych salonach: nagle i niespodziewanie. Mocno, szybko i zdecydowanie. W samym środku rozmowy i w <antykadencji>, zatrzymanego w kadrze gestu. Chciałby zapewne, żebyśmy zapamiętali przytoczoną na początku wspomnienia o nim szekspirowską frazę. Ale frazę pełną, która dopiero w całości zabrzmi jeszcze dobitniej. I pełniej. Bo  p r a w d z i w i e.

Samo bowiem stwierdzenie „Kto przyszedł na świat, ten odejść musi…”, choć prawdziwe i bezpretensjonalne, takim p a s j o n a t o m  ż y c i a, jak Wojtek, nigdy nie wystarczało i wystarczać nie mogło. Sens ziemskiego trudu bowiem – trudu, w który Wojciech Szczudło uwikłany był całkowicie, musiał być zgodny z ciągiem dalszym poetyckiej <podpowiedzi> Shakespeare’a, który prawdziwemu c z ł o w i e k o w i stawiał szczególne wymagania. By z godnością odejść do Krainy Cieni ” t r z e b a  d o r o s n ą ć  d o  t e g o :  t o w s z y s t k o !”

Dlatego też i Wojciech Szczudło – a r t y s t a  f i l m o w e g o  d o k u m e n t u, któremu tak w penetracji ludzkiego świata zawierzył, że stał się na co dzień A r t y s t ą  Ż y c i a, na zawsze pozostanie nam w pamięci.

 

KRZYSZTOF MIKLASZEWSKI

Londyn, 15 grudnia 2015